Artykuły

Tylko nie mów, tylko nie dotykaj | Film Touch me not

Tylko nie mów, tylko nie dotykaj

Adina Pintilie zrealizowała film-projekt-eksperyment, w którym próbuję pokazać, jak ważny jest drugi człowiek i jego emocje, jak bardzo paraliżuje ludzi ich własny strach i możliwe doznanie odrzucenia przez innych. Reżyserka odkrywa, dokumentuje, tworzy instalację, wyzwala terapeutyczne moce video-eseju. Jednocześnie zaciera przy tym granice pomiędzy tym, co rzeczywiste a tym, co fikcyjne – podważa prawdziwość medium, samego przekazu, nie mówiąc oglądającym, czy to jawa, czy sen. Swoboda, duża doza kreacyjności, quasi-dokumentalizm, które się prezentuje na ekranie, wyzwalają mieszane uczucia, pewnego rodzaju dyskomfort. I rodzi się takie oto pytanie: czyżby (przypadkiem) to nie jest (tylko) sztuka dla sztuki? Widz ma się poczuć jak na terapii – ma współodczuwać to, czego doświadczają bohaterowie. Może, ja nie chcę? (ale reżyserka mi każe)

Ludzie boją się bliskości, boją się komuś zaufać, boją się zaryzykować i odejść od normy. Strach przed poruszaniem tematów tabu – takich jak: cielesność i seksualność – silnie wpływa na sztukę, która w(prze)kracza (w każdym razie próbuje to czynić) do sfery bardzo intymnej, z którą nie każdy będzie chciał się zmierzyć.

Dopuścić do niej obcych? – wykluczone. Natomiast zaakceptowanie faktu, że ktoś inny stara się podjąć ten temat i się o nim wypowiedzieć wprost, bez ogródek za pomocą słów czy za pośrednictwem obrazu, zdjęć, muzyki lub filmu, i tym samym zaznaczyć jego ważność – może (wciąż) wywołać lęk u niektórych odbiorców, podobny do tego, który odczuwa (przed dotykiem i bliskością) Laura, jedna z trójki bohaterów filmu Touch me not. Rumuńska autorka, wspomnianego przed momentem tytułu, Adina Pintilie chce powiedzieć (wykrzyczeć) coś o odmienności i jej akceptacji w formie, ostatecznie, dość męczącej.

Kto widział, ten wie, że po takim seansie trudno milczeć – milion różnorodnych emocji kłębi się w człowieku i ciężko je wyartykułować na zewnątrz. Film, choć nie należy do przyjemnych – pobudza do przemyślenia i zredefiniowania swoich wyborów, przekonań… Jakieś głęboko zakorzenione pokłady emocji wydostają się z ludzkiego wnętrza i nakazują wykrzyczeć swoje, wydusić swoje „wraaaa” – po czym zaczyna się niekończąca się wyliczanka: zrobię coś, zmienię siebie, poczynię terapię. Tak trzeba. Czasem. Zatem ja wyżalę się Państwu, bo – nie wolno – tłamsić emocji w sobie. Bo to szkodzi. Nie tylko nam. Też innym. Całemu otoczeniu.

Potrzeba intymności jest ważna, więc przełamywanie tabu w tej kwestii budzi we mnie bunt… więc właściwie, Szanowni Czytelnicy, zadajmy sobie pytanie i spróbujmy na nie odpowiedzieć: co zostało przełamane w tym filmie, o czym on był, dlaczego, po co to wszystko; tylko po to, by sprowokować widza do pytań, a może coś innego kryło się w intencjach twórców? (Miało być jedno pytanie.) Gąszcz pytań – na które ani trochę nie mam ochoty odpowiadać, bo twórcy filmu też wiele pokazują, obiecują, perswadują, ale po przemyśleniu… jestem zawiedziona i wiem tyle, co przed seansem; a Christian, który przekona (prawdopodobnie) każdego do siebie, może stać się jedynym powodem, dla którego napiszę lub powiem: warto iść na ten film do kina, zobaczyć go i poznać tego pogodnego, ciepłego i mądrego człowieka.

W filmie występuje aż trójka równoprawnych postaci (jako czwartą na listę można dopisać reżyserkę) i nie wykorzystuje się ich potencjału w równym stopniu. W materiałach promocyjnych podkreśla się ten fakt, że opowiada się o trzech (!) osobach (i ja też tak napisałam). Zrozumiałym jest, że ktoś musi przewodzić (tak jest łatwiej). Laura spaja cały film – jest bowiem ze świata fikcji i równocześnie ma też kontakt z „realnym” światem – udziela wywiadu dokumentalistce. W ten sposób próbuje się utrzymać w ryzach całą koncepcję (zabawy w iluzoryczną psychodramę). Jednak w konsekwencji wysuwa się wspomnianą bohaterkę na czoło stawki, czyniąc ją główną bohaterką dzieła, lecz… potem Tudor i Christian stają się również ważnymi kompanami Touch me not, co niestety nie wspomaga fabuły, wręcz przeciwnie – osłabia ją, utrudniając tym samym odbiór opowiadanej historii. Przeszkadzały mi te nierówne wątki i najbardziej z nich rozczarował mnie wątek Tudora, ponieważ dzięki niemu wiemy dużo o Christianie – niestety o nim samym – wiemy najmniej.

Bohaterowie filmu Touch me not zmagają się z próbą zaakceptowania siebie, swojego ciała i seksualności. To tak w telegraficznym skrócie. Najważniejsze okazuje się to, aby przełamać strach, wstyd, nieśmiałość i zburzyć mur, który został zbudowany przez nas samych, jak też przez konwenanse i obyczaje – mozolnie ułożony, zza którego nic nie widać, bo, oczywiście, zapomnieliśmy o wykuciu otworu na okna. Tak, ludzie zbudowali fortyfikacje wokół siebie, a Adina Pintilie chce wpuścić trochę światła do naszej ciemnej klatki i usilnie przekonuje widzów, że potrzeba rozmowy i otwarcia się jest szansą na szczęśliwsze, swobodniejsze, pełniejsze życie (i na tym poziomie zgadzam się z autorką).

A puenta taka się wyłania: że wszystko jest w oczach. Lecz to ludzkie zwierciadło może nas łatwo zmylić – nie na długo wprawdzie – bo zawsze w końcu przejrzymy na oczy – przecież nawet oczy zamydlone po przemyciu wodą po krótkiej chwili znów widzą bez kłopotów. Po otwarciu oczu po seansie, stwierdzam, że łatwo odrzucić lub zachwalać ten film, jeśli trafi do człowieka w nieodpowiedni bądź odpowiedni moment, ściślej rzecz ujmując, w stan emocjonalny oglądającego (ale eureka). I tak, seans niektórych może znudzić (może lepszym słowem będzie: zniesmaczyć?), dla innych znowuż być niezrozumiałym bełkotem. Ale w końcu sztuka to jedynie przetwarzanie starych toposów. Banały, komunały warto sobie przypominać, zwłaszcza w wyrazistym opakowaniu, w dziwacznej formie – bo inność przyciąga.

Ten film fabularny bardzo chce przypominać (udawać?) film dokumentalny. Już sama forma wyzwala w widzu wiele emocji – może nawet zbyt skrajnych – rodzi się w człowieku wewnętrzny bunt przed zaangażowaniem się w to „nie wiadomo co”. Choć z pewnością nikt nie wyjdzie z tego seansu obojętny. Można się wzdrygać, można powątpiewać w faktyczną moc oddziaływania filmu, w jego terapeutyczną siłę, lecz… albo nas poruszy, albo wręcz przeciwnie (to zawsze coś). Forma dokumentalna przejawiająca się w: pokazaniu ekipy filmowej, zwłaszcza samej reżyserki, używaniu prawdziwych imion, formule wywiadu, obserwacji, rejestracji życia, byciu z bohaterem wszędzie, gdzie się tylko da, śledzeniu go – ujawnia błyskawicznie, że jest jedynie sprawnym chwytem, narzędziem – maską dla fikcji. Klamrą kompozycyjną filmu jest maska kamery, która przypomina rytuał malowania
i ubierania się, a raczej przebierania się, nakładania kostiumu i maski z Niebezpiecznych związków Frearsa. To tylko potwierdza mój wewnętrzny bunt przed zaangażowaniem
się w ten seans. Bo właściwie to – co ja w zasadzie oglądam? – przechodzi mi niejednokrotnie przez myśl podczas seansu. To fałsz czy prawda? Taaaak, film fabularny przecież,
jak wiadomo, lubi być sroką złodziejką (podobno sroki – te prawdziwe – nie kradną błyskotek, niczego w zasadzie nie rabują), więc uwielbia podkradać to, co najlepsze i najbardziej świecą-ce (znaczy wyeksponowane lub sprawdzone świecidełka), czyli w przypadku kina: różne techniki, mechanizmy, chwyty i formy zastosowane w mniej popularnym filmie dokumentalnym.

Dlatego widz trochę jest w potrzasku  i czuje się niczym Laura, która w jednej ze scen nie mogła otworzyć drzwi i przekroczyć tej upragnionej linii – tej zapory, dzielącej jej od fascynującego, wyróżniającego się Tudora – dla widza natomiast ową zaporą może być świadomość, że to tylko film-fikcja, a w nią trudniej się zaangażować czy przejąć losami bohaterów, ciężej w nią uwierzyć.

Początkowa niepewność i tajemnica znikają szybko, by popaść w przewidywalność, powtarzalność (cięcia montażowe, kolejność powrotu do konkretnych bohaterów) – jednym słowem – nużą. Czułam się znudzona i zmęczona tym filmem. Wydaje się  w pewnym momencie, że niczego nie otrzymujemy i niczego się już nie dowiadujemy. Do tego koniec nie satysfakcjonuje. A nagroda na festiwalu w Berlinie zachęcała i motywowała na pójście do kina – a jednak…

Choć trzeba podkreślić, że na długo pozostaje z nami muzyka z Touch me not, zwłaszcza utwór Die Befindlichkeit des Landes (dla mnie istnieje jeszcze tytuł alternatywny: Mela mela melancholia) zespołu Einstürzende Neubauten. Ta melodia wchodzi do naszej głowy i nie może z niej wyjść. Użyto jej nie raz w filmie – dzięki temu mocno i długo „siedzi” w umyśle. Zapamiętałam też przytłaczającą biel – ani mnie ona nie oczyszcza, ani nie koi; wspomniana barwa tylko drażni, przeszkadza, a raczej drapie jak ładny, lecz gryzący sweter. To kolejny dowód, że film wzbudza wiele emocji. Nie da się łatwo koło niego przejść. To absolutnie sukces Touch me not, pobudza i mimo tego że można wymieniać jego wady, niedociągnięcia lub nie gustować w eksperymentalnych dziełach, to warto skonfrontować się z tym projektem samemu.

To dość męczące, nużące kino, a fabularnie – film się nie broni. Kiedy już (w końcu) domyślamy się historii każdego z bohaterów i wreszcie rozumiemy powiązania pomiędzy nimi… to ja osobiście, przestałam się angażować w tę projekcję. Scena, podczas której stwierdziłam, coś tutaj się toczy za długo, coś się za dużo kombinuje i udziwnia, to moment, gdy reżyserka rozmawia z Laurą – z offu słychać rozmowę – a obraz dokładnie jej nie odzwierciedla. Słychać słowa, ale obraz podkreśla tylko fakt rozmowy – i wtedy przyszła do mnie myśl – już niczego się nie dowiem, niczego autorka więcej nie udowodni – zostają tylko słowa, puste słowa. Widz jest przyzwyczajony do obrazu – fakt. Ale percepcja ludzka nie potrafi szybko przyswoić sobie tego, że słyszy coś z offu, gdy obraz pokazuje jakąś („inną”) rozmowę. Nie słuchamy uważnie, rozumiemy już zamysł na tę scenę, ale czegoś nie zarejestrowaliśmy, więc przestajemy słuchać, choć może warto…. niestety, od tamtego ujęcia przestałam słuchać.

Ważny wątek filmu to wizualność i męczące powracanie do sfery seksualności. Mówienie mi, że wszystko jest dozwolone to wierutne kłamstwo (wszyscy o tym wiedzą, po co sobie wmawiać, że jest inaczej?). Myślimy, że dotrzemy do samych bohaterów, którzy podzielą się z nami swoją historią, zwierzą nam się i otworzą, a tu mamy kolejną scenę o seksualności i seksie – który przecież nie wypełnia nam 2/3 życia, ale jak wiadomo film już może (niekiedy zdarza się, że i cały wypełnia).

I à propos pojęcia wolności, o którym mówiła Laura, nasunęło mi ono taką o to myśl: mam prawo do rozporządzania swoim życiem i czasem (!), więc nie wrócę szybko lub może nawet nigdy do tego filmu. Bo… to w sumie nic nowego, same komunały, banały, a forma wcale nie jest taka rewolucyjna, awangardowa. Patrząc na to chłodnym okiem, po przemyśleniu – filmowo nie podobało mi się – emocjonalnie – pobudza (mnie, ostatecznie negatywnie).

„Be yourself” – przykrywa seksualność i nagość. Zasłaniają one wszystko (nawet mówienie o różnych formach inności – przyświecającemu reżyserce jako główne zagadnienie – nie wybrzmiewa tak dobrze, jak różne odmiany spełnienia seksualnego). Choć „wyzwolony” taniec Laury ma mieć moc oczyszczenia to – tak łatwo jej nie oczyści, tak samo jak widzów seans Touch me not.

Jedyny cel filmu to: kontrowersja czy terapia? Laura próbowała poradzić sobie ze swoimi kłopotami i przełamać swój lęk i wyzwoliła się – zbuntowała i uwolniła, tańcząc nago w (nudnym, standardowym – niezindywidualizowanym) pokoju. Ja, Szanowni Państwo, się buntuję i mówię: nie ze mną te numery, wolę iść na burgery. Czuję się zmanipulowana. Choć dostrzegam wiele pozytywów filmu, mówię mu: nie. Nikt nie będzie przekonywał mnie (sugerował), jak mam żyć i co mam myśleć. Bo, Drodzy Czytelnicy, lepiej być najedzonym i szczęśliwym, by potem móc wykrzesać z siebie całą energię tylko po to, żeby zobaczyć ulubione (lub przyszłe ulubione) filmy lub zwiedzić i odkryć świat – po prostu na pełnię życia. Wolę to niż użalanie się i dostrzeganie tylko swoich wad i problemów. Wyżalmy się komuś, choćby na kartce papieru, i do dzieła – czas coś zdziałać. Ja już to zrobiłam, a ty? Czy masz  na to odwagę?

Czują Państwo dyskomfort, buntują się Państwo i twierdzą, że to jakieś sztucznie i podejrzanie sformułowane pytania? Wiedzą Państwo, że to szantaż emocjonalny, pewien rodzaj perswazji, na który nie chcecie się godzić. To bardzo dobrze. To oznaka myślenia – a nie – stagnacji i ślepego podążania za stadem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *