Inne,  Wywiady

Teatr dokumentalny | Wywiad z Justyną Arabską

Dać głos

Justyna Arabska jest teatrolożką, kulturoznawczynią, twórczynią teatralną, a obecnie także doktorantką Uniwersytetu Jagiellońskiego. Uczestniczyła w projekcie „Teatr na faktach” Instytutu Grotowskiego. Po wielu filmoznawczo-teatrologicznych wymianach myśli przyszedł pomysł na wywiad, w którym Justyna zgodziła się opowiedzieć o wyjątkowym gatunku, jakim jest teatr dokumentalny. Rozmowę dla portalu Doc’n’Roll przeprowadziła Michalina Majewska.

Myślę, że dla niewtajemniczonych rozważania na temat teatru dokumentalnego mogą rodzić podobne pytania i wątpliwości, co przy kwestii animowanych filmów dokumentalnych. Innymi słowy – ile jest dokumentu w teatrze dokumentalnym?

Zależy, jak rozumiemy dokument. W teatrze dokumentalnym, o którym ja się uczyłam i staram się uprawiać, stosujemy metodę verbatim. Ten gatunek wywodzi się z Rosji i jest dosyć młodym zjawiskiem, a wziął się z potrzeby interwencji w jakieś społecznej kwestii. Taki teatr oddaje głos ludziom, którzy na co dzień go nie mają lub nie są słyszani. Gdzieś w dużym mieście, na jakiejś scenie, możemy usłyszeć ludzi, którzy być może nawet nigdy nie mieliby szansy zobaczyć takiego spektaklu. Ile jest dokumentu w dokumencie? To oczywiście zależy też w dużej mierze od twórców. Często spotykam się z opinią, że teatr jest bardzo sztuczny, ale ta sztuczność jest wpisana w to medium. Śmieję się wtedy, że ci ludzie nigdy nie byli na planie filmowym, bo to dopiero jest sztuczność! Przy tym teatr to samo życie. Wchodzi tutaj kwestia etyki twórcy teatru dokumentalnego i co chciałby przekazać. Myślę, że największa różnica między dokumentem filmowym, a teatralnym jest taka, że ty jako dokumentalistka filmowa po prostu zbierasz materiał i potem możesz manipulować treściami z pomocą montażu, ale my jako dokumentalistki teatralne zbieramy materiał i mamy nad nim całkowitą kontrolę. Mamy nagrania, ale nie puszczamy ich w czasie spektaklu, tylko dajemy tekst aktorom. Ta przestrzeń do manipulacji jest dużo większa. Ale oczywiście ktoś, kto chce manipulować, raczej nie będzie robił teatru dokumentalnego. W ten gatunek bardzo mocno wpisana jest etyka, pytanie o to, co jest moralne, co nie, co jest w zgodzie z moim bohaterem. Opowiadając historie ludzi, chcemy ich chronić. Nie dopuszczamy ich krzywdy.

Czyli metoda verbatim polega na tym, że aktorzy na scenie wypowiadają dokładnie te słowa, które nagrałyście w czasie wywiadów?

Cały proces wygląda tak, że najpierw się wybiera temat, który w jakiś sposób rezonuje z tym, co dzieje się w społeczeństwie lub społeczności, bo to nie musi być globalny problem. Wybiera się osoby, które zaprosi się na rozmowę, choć oczywiście zazwyczaj to nie jest żadna selekcja, jeśli ktoś chce nam coś opowiedzieć, to po prostu się na to umawiamy. My pracujemy tak, że nagrywamy materiał tylko na dyktafon, za zgodą osoby, z którą rozmawiamy. Pierwsze spotkanie służy zbudowaniu zaufania. Czasem wracamy jeszcze drugi i trzeci raz, dopiero wtedy prowadzimy rozmowy pogłębione, wiemy już też, o co chcemy dopytać. Świetnie jest odsłuchać te materiały, zastanowić się i łapać się punktów, które mogą być ważne dla naszych rozmów i naszego spektaklu. Wchodzimy głębiej, głębiej, głębiej. Kiedy mamy gotowy materiał, siadamy do transkrypcji, która zajmuje milion godzin. (śmiech) Zastanawiamy się, które wątki są dla nas najistotniejsze, no i je wyciągamy. Najważniejsze jest, żeby nie zmieniać żadnych słów. Jeśli są przejęzyczenia, to świetnie! To jest mowa, żywy język, czyli jest niedoskonały i to jest wspaniałe, bo oddaje też charakter człowieka. Ważnym elementem w trakcie wywiadów jest także to, żeby zapamiętywać mowę ciała. Niektórzy robią sobie notatki, dla mnie najwygodniej jest to zrobić tuż po wywiadzie. Twórcy tej metody często sami zbierali wywiady i potem występowali na scenie, więc wiedzieli, kogo reprezentują i mogli to dobrze oddać. Bo to nie jest do końca gra, tylko swego rodzaju użyczenie ciała i głosu. Dla mnie to różnica pomiędzy teatrem dramatycznym i dokumentalnym.

Na razie rozmawiamy o teorii, ale jak wyglądały twoje własne doświadczenia z pracą nad spektaklem dokumentalnym?

Razem z Domką Feiglewicz, Emilką Bury i Gosią Jakubowską zrobiłyśmy Łupiny. To faktycznie dokumentalny spektakl, bo są tam tylko słowa naszych rozmówczyń, nie ma naszych wtrętów i komentarzy. Jak się z tym czułam? My tam też grałyśmy, choć tylko dwie z nas są profesjonalnymi aktorkami. Ale podobno każdy może zagrać w swoim życiu chociaż jedną rolę dobrze, więc może to była ta rola? Za każdym razem, gdy wystawiałyśmy Łupiny i wypowiadałam te słowa, zastanawiałam się, czy nie naruszam prywatności osoby, z którą rozmawiałam. Mimo tego, że miałam zgodę i potencjalnie wszystko było w porządku, cały czas miałam rozterki moralne, czy mogę opowiadać o czyjejś tragedii na scenie. Ja robię sztukę, a to jest czyjeś cierpienie. Nie pozbędziemy się sytuacji teatralnej – jest widownia, są aktorki lub performerki, ale my opowiadałyśmy historie czterech różnych kobiet, których wyznania były tak intymne, że chciałyśmy tę barierę jakoś przerwać. Postawiłyśmy stół i zaprosiłyśmy widownię, żebyśmy stworzyli jedność. Dołożyłyśmy do spektaklu także pieśni ludowe, które wspólnie śpiewamy, żeby stworzyć atmosferę wspólnoty. Co prawda to my opowiadamy historie, ale nie chciałyśmy robić z tego artystycznego show.

Kwestia użyczania głosu jest też interesująca z innej strony. Wczoraj oglądałam dokument o ONR-owcach i myślę sobie – gdybym to ja była reżyserką, mogłabym się z nimi nie zgadzać, ale mogę ich pokazać, dać im przestrzeń do wypowiedzi. To nie ja mówię ich głosem, chowam się za kamerą. Jak podeszłabyś do spektaklu, w którym miałabyś użyczyć głosu komuś, z kim się nie zgadzasz w fundamentalnych kwestiach?

To jest trudne, chyba jeszcze nie robiłyśmy takiego projektu. Aczkolwiek w Łupinach jest taka postać, zakonnica, która mówiła rzeczy trudne dla nas do wypowiedzenia. Część z nich wykorzystałyśmy w spektaklu, przede wszystkim to, co ona uważała za kluczowe w byciu kobietą. Uznałyśmy, że reprezentujemy te kobiety i nasze zdanie nie jest ważne. Jasne, z tyłu głowy miałam obawy, że ludzie sobie pomyślą, że takie właśnie jesteśmy. Ale nie, stwierdziłyśmy, że musimy jej oddać głos. Dominika Feiglewicz grała tę postać, robiła nagrania i słuchałyśmy ich godzinami, żeby postarać się być jak najbardziej sprawiedliwe i oddać to, co dla niej charakterystyczne i ważne. To i tak nie jest bardzo ciężki przykład, bo mówimy o prywatnym zdaniu siostry zakonnej, która definiuje rolę kobiety tak, a nie inaczej. Natomiast gdybym miała rozmawiać na przykład z antysemitami, zrobić o nich spektakl… to byłoby trudne. Moi koledzy, którzy też zajmują się teatrem dokumentalnym przy Instytucie Grotowskiego, podejmują takie tematy. To jest wielce interesujące z jakimi rozterkami moralnymi się spotykają. Nie wiem, czy ja byłabym na to w tym momencie gotowa, ale chciałabym się kiedyś zmierzyć z takim tematem. Te projekty, które dotychczas robiłyśmy, nie były bardzo różne od nas.

Czy kobiety, z którymi rozmawiałyście, widziały potem spektakl? Miałyście od nich jakiś odzew?

To jest coś, czego się bardzo wstydzę. One wszystkie wiedziały oczywiście, że będzie spektakl, ale siostra zakonna w pewnym momencie się trochę przestraszyła i chciała się wycofać. Musiałyśmy ją zapewnić, że gwarantujemy jej anonimowość. Ale ona tego spektaklu na pewno nie widziała. Ja z kolei miałam problem, żeby zaprosić moją rozmówczynię, bo opowiedziała mi o swoich bardzo intymnych przeżyciach. Wiedziała, że tego użyję, ale ja czułam się bardzo niepewnie mówiąc o tym na scenie. Tam była sprawa gwałtu. I nigdy nie zdecydowałam się jej zaprosić. Ona gdzieś tam mi to wypominała, ale nie grałyśmy też nigdy w mieście, gdzie ona mieszkała. Mówić to na scenie i patrzeć jednocześnie na nią, to była dla mnie granica nie do przeskoczenia. Właściwie chyba tylko jedna nasza bohaterka zobaczyła spektakl. Ja się na to zaproszenie nie odważyłam i uważam, że to był błąd. Kiedy będziemy grać w mieście, z którego pochodzi, w końcu to zrobię, bo uważam, że po prostu jej się to należy. Ale jest to ogromnie stresujące doświadczenie. Zawsze jest ta wątpliwość, czy używając czyichś słów faktycznie oddajesz im głos, czy wykorzystujesz je, żeby robić swoją sztukę. To bardzo cienka granica.

To będzie trochę prowokacyjne pytanie, ale w takim razie czemu właściwie nie napisać fikcyjnej sztuki na podstawie prawdziwej historii? Co jest dla ciebie ważne w odtwarzaniu słów jeden do jednego?

Najważniejsze w tej metodzie jest spotkanie z drugim człowiekiem. Zbieranie wywiadów jest dla mnie najbardziej inspirującym momentem. Gdy spotykasz się z obcą osobą i masz poczucie, że już nigdy więcej się nie zobaczycie, ludzie pozwalają sobie na więcej i powierzają ci bardzo intymne rzeczy. To jest piękne, bo tworzy się osobista relacja, ale tylko na chwilę. Możemy sobie wymyślać z głowy teksty, tematy, pisać, być dramaturżkami, ale nie będziemy tak blisko drugiego człowieka. Możemy bazować na tym, co jest  w nas, ale gdy ktoś opowiada ci historię… jest bardzo mała szansa, że coś takiego wymyślisz. Możesz, ale to nie będzie prawda. Gdy ktoś ci coś opowiada, jest szansa, że ktoś inny rozpozna w tej historii siebie, bo to zdarzyło się naprawdę. Oczywiście, rozmówca może ci też ściemniać i to jest wpisane w ten teatr. Nikogo nie rozliczamy z tego, czy tak było. Jeżeli ktoś nam kłamie, to też jest ciekawe! Nigdy tego nie sprawdzimy, bo wchodzi tu zaufanie – my ufamy, że mówią nam prawdę, a nasi rozmówcy ufają nam, że nie wykorzystamy tego w zły sposób. To jest niepowtarzalne i ubogacające. Ostatnio zrobiłyśmy Marzycieli, którzy nie są do końca spektaklem dokumentalnym, bo część wypowiedzi jest dopisanych, ale jednak pracując nad nim spotkałyśmy się z ludźmi w kryzysie bezdomności. Dowiedziałyśmy się na ten temat bardzo dużo i przy okazji odkryłyśmy, ile wrażliwości jest w tych ludziach, jaka otwartość! Ten teatr daje możliwość do spotkania i poświęcenia czasu drugiemu człowiekowi. Być może to brzmi źle, że musiałam zrobić spektakl, żeby usiąść i porozmawiać z osobami w kryzysie bezdomności, ale to też trochę nas legitymizowało. Mogłyśmy przyjść na świetlicę, gdzie oni spędzali czas, przynieść ciastka, usiąść i porozmawiać. Myślę, że to spotkanie to coś, czego nie daje żadna inna praca teatralna.

Nie tylko ty udzielasz głosu, ale i ten głos dostajesz.

Tak, to wielki dar. Wszystkie te rozmowy wiele mi dały i mam nadzieję, że to działało w drugą stronę. Każdemu z naszych rozmówców mówimy, że ich historia jest ważna i inspirująca. Bo tak jest. I takie wrażenie chcemy pozostawiać. Bez nich nie byłoby tego teatru.

 

Wspomnianych w wywiadzie Marzycieli możecie obejrzeć TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *