Dokumenty zagraniczne,  Seanse festiwalowe

Recenzja filmu Stroiciel Himalajów

Pianino to balast
(tekst powstał dla gazety „Ińskie Point”)

Stroiciel Himalajów (2018) obrazuje instruktaż montażu i demontażu pianina.

To żart. Niemniej zaznaczyć trzeba, że film został okraszony dużą dawką humoru.

Główny bohater Desmond prowadzi warsztat i stroi pianina. Dostaje propozycję, aby dostarczyć instrument w odległe rejony Zanskaru na pograniczu Pakistanu i Indii. Podejmuje się tego wyzwania, by równocześnie uczcić swoje 65. urodziny.

Wybrana przez twórców konwencja filmu drogi zazwyczaj sprawdza się, bo widz w skupieniu ogląda opowieść o człowieku, który odkrywa samego siebie, dąży do osiągnięcia jakiegoś celu itd. Stroiciel Himalajów w reżyserii Michała Sulimy umiejętnie korzysta z tej konwencji, pokazując zmagania bohaterów z dostarczeniem pianina do szkoły położonej wysoko w górach. Postacie możemy poznać dzięki komentarzowi zza kadru, wypowiadanemu przez kilka osób, głównie Desmonda. Bohaterowie wydają się przyjacielscy, mają jasno określony cel i do niego dążą, co skłania widza do kibicowania im. 

Istotny tutaj jest też sposób ukazania postaci, pełen ciepła i humoru. W jednej ze scen Desmond zostaje przez współpracownicę Annę z powodu swojego „starego akcentu angielskiego” porównany do Churchilla. Moment ten podkreśla sympatię między bohaterami, ale również daje szansę odbiorcy, by ich polubić. Podobnie jak ten, w którym Herald, młody mężczyzna, który myśli o rzuceniu muzyki i pomaga Desmondowi w przenoszeniu pianina, przewodnicząc grupie pomocników intonuje okrzyk: VIKINGS. Praca zespołowa przede wszystkim! Ważnym elementem charakterystyki bohaterów jest też pokazanie ich wytrwałości. W jednej ze scen widzimy podobiznę Darwina na ścianie i napis, który przypomina, że bez pracy nie ma kołaczy (no pain no gain). Dzieci w szkole, które chcą się szkolić na pilotów albo Anna – pasjonatka muzyki i obrończyni przyrody pragnąca działać na rzecz ludzi poświadczają, że niektórzy próbują wcielić to powiedzenie w życie.

Film ma wzbudzać konkretne emocje, każde „ach” i „ech” odbiorcy powinno paść we wskazanych momentach. Czasem warto podążać za tymi westchnięciami. Seans niewątpliwie był przyjemny. Na końcu otrzymujemy informację o dalszych losach bohaterów, co uspokaja naszą ciekawość. Podczas projekcji miałam jednak wątpliwości co do kilku scen, wątpliwości te nie zniknęły. Nie byłam  i nie jestem do końca pewna, co autorzy chcą mi przekazać?

Myślę, że niepotrzebnie wprowadzono wątek podkreślający dziewiczość krajobrazów i niewinność mieszkańców. Zapierającym dech w piersiach zdjęciom towarzyszą rozmowy bohaterów na temat na przykład trwającej od kilkudziesięciu lat budowy drogi, której dotarcie do Lingshed przyniesie pozytywne i negatywne skutki. Rozwój jest potrzebny, ale nie można krzywdzić rdzennych mieszkańców poprzez narzucenie im funkcjonowania w świecie zdominowanym przez pieniądz, podkreślają postaci. W gruncie rzeczy dokument dość bezrefleksyjnie portretuje sytuację, w której biały człowiek z metropolii niesie (a raczej: dyryguje noszeniem, w końcu do transportu pianina w górach zatrudniono szerpów) sztukę (a ściślej, zachodni instrument nieznany przynajmniej części osób pojawiających się na ekranie) rdzennemu ludowi. Hm… Wydźwięk tego rodzaju fragmentów jest niejednoznaczny, szczególnie jeśli pamiętamy, że tereny pokazane w filmie to była kolonia brytyjska. W Stroicielu Himalajów porusza się też istotny problem współczesnego świata, czyli zagadnienia ochrony środowiska i rozwoju cywilizacyjnego. Odniosłam jednak wrażenie, że doklejono je na siłę.

Jako film drogi, opowiadający o próbie realizacji swojego celu i dotarcia do odległego, wysoko położonego miejsca, Stroiciel Himalajów się znakomicie broni. Jednak ostateczny wydźwięk filmu jest odrobinę niepokojący i niejasny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *