Dokumenty online,  Dokumenty polskie,  Premiery

Recenzja filmu Oczy diabła

Mesjasz XXI-wieku

„Ktoś ze świata przestępczego zgłosił się do mnie…”, „Postanowiłem uratować to dziecko i nakręcić o tym dokument”, „Zacząłem od tego, że wyrwałem dziewczynę z przestępczego środowiska i zakwaterowałem ją w innym mieście”. Nie regulujcie odbiorników. To zdania wypowiedziane przez Patryka Vegę, który w przerwie od taśmowo produkowanych gangsterskich moralitetów, postanowił stworzyć film dokumentalny. Przytaczana manifestacja bohaterstwa odbywa się już w pierwszych dziewięćdziesięciu sekundach filmu, zwiastując, o czym naprawdę są Oczy diabła.

Ci, którzy kojarzą Vegę z niefikcjonalnymi dziełami pokroju Kobiet mafii, Pitbullów, Polityki, Bad Boyów, Botoksów, itd. być może będą zaskoczeni, iż specjalista od gustu masowego polskiego widza (nie oszukujmy się, box office nie kłamie) stworzył film dokumentalny. Wbrew pozorom twórca nie pierwszy raz wkracza w ten rejon filmowego rzemiosła. Zanim Vega zrobił z Marcina Dorocińskiego warszawskiego policjanta w ortalionie z lat dwutysięcznych, kierował obiektyw w kierunku prawdziwego świata przestępczego (co pokazuje choćby serial Taśmy grozy z 2002 roku). Ale czy ujrzymy te twórcze doświadczenie w Oczach diabła? Otóż nie.

Jeszcze w zeszłym miesiącu pisałem tekst, dotyczący niedawnych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Przywołałem w nim Fahrenheit 9/11, akcentując, iż reżyser – Michael Moore – zawsze jest centralną postacią swoich filmów. To on jest głównym bohaterem opowieści, rzeczywistość filtrowana jest przez jego punkt widzenia. I kiedy amerykańscy badacze traktują to jako wyżyny subiektywizmu, Patryk Vega każe potrzymać im piwo. W Oczach diabła twórca (prawdopodobnie niezamierzenie) kreuje się na narcystyczną wersję Mesjasza XXI wieku. Czy są jacyś inni bohaterowie? W teorii tak, lecz już w pierwszych minutach filmu w mig dostrzeżemy, iż jedyną sylwetką, jaką będzie dane nam oglądać, jest lico reżysera. Dzieje się tak, ponieważ niemal wszystkie postacie są zblurowane. Oczywiście, koronnym argumentem byłby zapewne fakt, iż prawdopodobnie ci nie chcą pokazywać swoich twarzy. W końcu trudnią się handlem dzieci, a jedna z bohaterek czeka na poród, aby móc sprzedać narodzoną dziewczynkę (której imię nadaje sam Vega). Niemniej, twórca nie pokusił się, aby tylko im zostawić przestrzeń kadru, tylko w pozycji rozkracznej siedzi na czarnej kanapie, słuchając swoich rozmówców. Ten aspekt również należałoby rozwinąć. Dzień po seansie padłem ofiarą moralnego kaca. Ale jak można się nie śmiać, kiedy widzimy Vega, leżącego wygodnie pod kołderką, będącego w trakcie rozmowy z bohaterką, która niedługo planuje sprzedać narodzone dziecko. Ponownie, jak w przypadku Pętli, mamy do czynienia z dwuznacznie moralnie sytuacją. Jak to możliwe, iż będąc w posiadaniu tak ważnych materiałów, reżyser postanawia nakręcić film dokumentalny, a dopiero później ewentualnie oddać sprawę odpowiednim służbom (katolicki ośrodek adopcyjny niestety się nie liczy)?

A przecież temat jest arcypoważny. Wymaga czułości dla bohaterów, zrozumienia ich problemów, próby postawienia się w tej samej sytuacji. Owszem, ich czyny mogą być poddane moralnej krytyce. Jednakże nie stanowi to usprawiedliwienia ku temu, aby pytać bohaterkę, czy wierzy w Boga oraz w karę od losu za złe występki. Po drugie, czy pozyskane informacje w trakcie wywiadów faktycznie ukazują złożoność problemu? Tak, jednakże reżyser nie podejmuje w związku z tym żadnych działań. Oprócz uratowania dziewczynki, którą sam przez siebie namaścił, wydaje się, iż Vega chciał widzowi pokazać, jak przygotowuje się do zbierania materiałów do kolejnego filmu fabularnego.

Niemniej przez krótki fragment wydaje się, że wszystko zaczyna zmierzać w dobrym kierunku. Historia matki, której porwano dziecko trzydzieści lat temu, może poruszyć. Mamy bohaterkę, która nie boi się pokazać swojej twarzy, Vega daje jej odpowiednią przestrzeń do wyartykułowania swoich emocji. Czar jednak bardzo szybko pryska, kiedy opowieść zmienia się w teorie spiskowe o tym, że FBI, kierowane jeszcze przez Baracka Obamę, porywa polskie dzieci, aby stworzyć własną armię.

Przed pisaniem tego tekstu, zastanawiałem się, jak inaczej do niego podejść. Może, zamiast krytykować decyzje twórcy, skupić się na formie filmowej? Dobrze, jakaś jest. To w zasadzie tyle, ile można powiedzieć na ten temat. Ewentualnie dodam, iż twórcom zostało jeszcze kilka dni na wykorzystanie wypożyczonych dronów, w związku z czym postanowili sfilmować kilka panoram Warszawy. Nie można inaczej podejść do Oczu diabła. Film jest przesiąknięty osobowością reżysera, jego poglądami, jego sylwetką, jego poczuciem zbawienia świata, posłannictwem w boskiej misji. Cel był słuszny, lecz w realizacji planów ewidentnie namieszał filmowy belzebub.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *