Dokumenty polskie,  Premiery,  Seanse festiwalowe

Recenzja filmu Gorzka miłość | Festiwal Mediów Człowiek w Zagrożeniu

Rosyjska dusza na wodzie

Tytuł dokumentu Gorzka miłość (reż. Jerzy Śladkowski, 2020) z pewnością nawiązuje zarówno do sztuki Panna bez posagu (oryg. “Бесприданница”) Aleksandra Ostrowskiego, jak i jej filmowej adaptacji – Gorzki romans (reż. Eldar Riazanow, 1984). Tam też był statek na Wołdze i wielkie, intensywne poszukiwania miłości. Swatać chcieli piękną młodą panienkę z urzędnikiem, a ona wybrała innego, który bardziej wierzył w ulotne, namiętne chwile niż długotrwałą, szczęśliwą miłość. Ot, bzdurne romanse. Jednak film Śladkowskiego jest dowodem na to, że to pewien wzór, który w życiu pragniemy spełnić i obrócić na swoją korzyść. Bardzo boimy się samotności i nie chcemy skończyć tragicznie jak Larysa – główna bohaterka dzieła Ostrowskiego. Śpiewamy ballady, podtapiamy się w morzach alkoholu, nieustannie narzekamy na swój podły los, niefart, zawzięcie podrywamy, aby tylko jakoś poradzić sobie z brakiem uczuć i coraz bardziej wszechogarniającą pustką. 

Zdjęcia Wojciecha Staronia oddają całą paletę kłębiących się na tej małej przestrzeni emocji.   Filmowy rejs z niezwykle pięknie skomponowanymi kadrami, uchwyconych z pewnością z olbrzymią wrażliwością, jak na autora Syberyjskiej lekcji (1998) przystało, mógłby trwać i trwać. Bo temat wdzięczny i zawsze na czasie, i bohaterowie sprzyjają. Opowiadać, streszczać ich wypowiedzi i historie byłoby niewłaściwe. Uczestnicy wycieczki bowiem chcą uporządkować swoje sprawy miłosne, sunąc spokojnie statkiem po Wołdze. Najwięcej jest wśród pasażerów „samotnych serc”, które z chęcią poznają swoją drugą połówkę. 

Trzeba powiedzieć jedną istotną rzecz. Większość bohaterów lata młodości ma już za sobą, lecz szukają miłości, chcą być kochani. Choćby dla tego aspektu warto zobaczyć Gorzką miłość, bo z tematem starości, miłości ludzi starszych sztuka nie pragnie się konfrontować, czyni to z rzadka, wyrzucając ich na margines i oferując im jedynie wykluczenie, samotność i śmierć. Film o tym nie milczy, daje im przestrzeń do rozmowy o swoich uczuciach. 

Kto uwielbia rosyjską kulturę, język i ich wylewną duszę, zachwyci się odwołaniami do muzycznej, filmowej, literackiej tradycji. Wspomina się o Annie Kareninie. Historii Wrońskiego (reż. Karen Szachnazarow, 2017),  Kasztance Antona Czechowa i śpiewa się Oczy czarne (oryg. Очи чёрные). Czegóż chcieć więcej? 

Skoro wielokrotnie mimowolnie – za pośrednictwem bohaterów – autor odwołał się do rosyjskiego dziedzictwa to powinien zachować się zgodnie ze zwyczajem. Jedyny możliwy koniec to ten tragiczny koniec. Jednak reżyser zdecydował się w ostatniej scenie pokazać szczęśliwą parę, przełamując nagromadzenie negatywnych emocji. Mam wątpliwości co do takiego zakończenia. Wydaje mi się, że rosyjska dusza na wodzie czy na lądzie, to bez znaczenia, nie zadowala taki obrót spraw, w którym zamiast łez smutku, mamy łzy szczęścia. Może życie widzę w czarnych barwach tak jak wielu z bohaterów i za bardzo przywiązałam się do schematu romantycznej miłości? Mimo tego dzięki zaprezentowanej dozie melancholii i smutku zostałam pokrzepiona, by nie poddawać się i próbować szukać i tkwić w szaleństwie zwanej miłością. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *