Artykuły,  Dokumenty zagraniczne,  Premiery,  Seanse festiwalowe

Esej o filmie Jak Bóg szukał Karela

Ludzie wolą myśleć swoje?

Jeden z przechodniów w odpowiedzi na happening z prowizorycznym pomnikiem Jana Pawła II powiedział: „Ja mam Boga tam”, oczywiście, wskazując palcem na niebo. Poparł wykrzyczane słowa, które wielokrotnie powtarzał sam papież, żeby nie stawiać mu pomników, to zbyteczne. Tak, nie stawiajmy już kiczowatych, obrzydliwych mosiężnych posążków, które psują krajobraz i stanowią oznakę marnotrawstwa pieniędzy.

Tylko znów ludzie nie rozumieją, że to nie prowokacja, to nie oczernianie czyjegoś wizerunku, to próba dialogu, zwrócenia uwagi, że akcja stawiania pomników Janowi Pawłowi II przypominała akcje „tysiąc szkół na tysiąclecie”. A pani, której tak bardzo się to działanie nie podobało, wyzwała, nie nazwała, wyzwała ekipę czeską od RUSKÓW. Nienawiść zasiana w człowieku kiełkuje szybko, przyjmuje się i tak sobie rośnie. A gdzie wartości propagowane przez wiarę katolicką? Lepiej wyznawać: „Nie będzie… pluł nam w twarz”, jak to mówią stare Polusy. Och, dumni głupcy, co mądrzy po szkodzie, zacznijcie słuchać, bo nawet języka czeskiego od rosyjskiego nie rozróżniacie.

Niebo to symbol mocno związany z każdą religią, nieważne czy politeistyczną, czy monoteistyczną. Słońce fascynowało ludzi od dawien dawna, pomagając człowiekowi zrozumieć zagadki świata, zarówno te na ziemi, jak i te nad nami, których dosięgnąć nie możemy (trochę próbujemy, bo już w końcu możemy). W atmosferze wyjaśniania zjawisk przyrodniczych i naszego istnienia powstawały religie, które utwierdziły maluczkich, że dobro walczy ze złem i vice versa (ale wygrać ma tylko jedna drużyna, bez oszukanek mi tutaj).

Karel wraz ze swoją dzielną załogą w busie rozprawia na temat wiary. I u niego to raczej tak standardowo: jak trwoga to do Boga. No właśnie, właśnie, jak nam nie idzie to szukamy pomocy u najwyższych instancji – los przecież musi się wreszcie do nas uśmiechnąć.

I tak, pojąć, często powierzchowną, polską pobożność próbował Karel i jego kompani. Zorganizowali pielgrzymkę po naszym kraju. Jak Bóg szukał Karela (reż. Vít Klusák, Filip Remunda) to zapis podróży po nie tylko ośrodkach kultu, lecz także po miejscach, w których Bóg może być lub się go tam poszukuje; choć stopień wtajemniczenia pozwala niektórym odczuwać Pana wszędzie. Rozmawiali z organistą, księżami (jednym egzorcystą), zakonnicami, pielgrzymami, słuchaczami Radia Maryja, aktorami spektaklu Klątwa i wieloma innymi, by dopełnić obraz religii panującej dominującej w Polsce.

Początek i już. Dwa sąsiadujące kraje – bratnie, słowiańskie – mające 762 kilometry wspólnej granicy, więcej dzieli niż łączy. Czesi nie wierzą, a my, Polacy wierzymy. Karel zarzeka się, że nie chce budzić kontrowersji, ale w kraju nad Wisłą w tym temacie… wiemy przecież, że będzie. Stwierdza, że film może dotknąć polskich wierzących. Choć mi się wydaje, że ekipa stara się nikogo nie urazić. W rozmowach autotematycznych, w których komentują wzajemnie sensacyjność swoich słów lub gestów, zaświadczają o świadomości w odniesieniu do problematyki religii w Polsce. Nie chcą z niej szydzić. Niestety, mimo dobrych intencji i chęci uniknięcia takich tonów, nazwijmy je, brukowych, popadają w nie i to nadzwyczaj często.

Zauważmy, że w napisach początkowych w tytule nad literką „u” widnieje aureola. Sam przewrotny tytuł ma już nas zaintrygować i skłonić do myślenia, szczególnie, że świebodziński Chrystus patrzy. Jak to sam Bóg udał się na poszukiwania? Ale jak to? W niedzielę też?

Jak Bóg szukał Karela (w oryginale na napisach początkowych: Jak BUH hledal KARLA, wyróżniono i zrównano ich sobie?) odtwarza wędrówkę wątpiących, poszukujących, ciekawskich. Muszę przyznać, że perspektywa osób z zewnątrz pomaga raz nabrać im dystansu, a innym razem mocniej się zaangażować. To ostanie tyczy się głównie Karela, który nawet wyspowiadał się w kościele, mimo braku chrztu, i pozwolił to nagrać. Przemiana bohatera (wewnętrzna nie fizyczna), którą ewidentnie można tutaj wskazać, wydaje się sztuczna. Ale niewykluczone, że to kwestia wiary (w obraz).

Intryguje mnie, jak szybko zapominamy o tym, co było, jak błyskawicznie przekształcamy coś, zmieniając czemuś jego pierwotne znaczenie. Z taką łatwością wymazujemy pierwowzór. Tradycja rodzi się z pielęgnacji wartości, zasad lub zwyczajów. Tylko, że nie zawsze rozumiemy, dlaczego coś robimy, bo często bezmyślnie powtarzamy za naszymi rodzicielami i dziadkami, starszyzną, czynności, które są już dla nas tylko odklepywaniem nakazywanych działań. Dawno straciły swoją siłę oddziaływania i znaczenie, ale tradycja to tradycja, więc dzielimy się opłatkiem albo sypiemy sól prze lewe ramię prawą ręką, żeby odgonić złe moce. Taki kraj, chrześcijański, ale w środku wciąż pogański.

Zaskoczył mnie widok broszurki w domu bohaterki, słuchaczki Radia Maryja, w której piszą, że złem jest Hello Kitty, ideologia gender i wiele innych. Matka, która omówiła ją ze swoimi małymi córkami (najstarsza umie już czytać), natychmiast po przeczytaniu tej informacji wyrzuciła symbol diabelskiej mowy, plecaki, ubrania – wszystko z tym kotem nieczystym. Tylko dzieci nie potrafią uargumentować, dlaczego tak jest, akceptują ten fakt, bo tak napisano, więc to prawda. Zło jest złem. Nie kwestionują tego, że nie propagują szatana (wiek im to jeszcze uniemożliwia). Nie daje im się nawet szansy, by to zrozumieć. Modlą się, słuchają Radia Maryja, ale bez podważania treści ani czegokolwiek innego, bo tak są wychowywane, w wierze, inaczej nie zostaną dobrymi matkami, nie pójdą w ślady własnej matki – dobrej Polki. Nikt nie neguje ich pobożności i istnienia Boga. To bardzo osobista sprawa, jak przekonuje cały film, by znaleźć właściwą, indywidualną (też wspólnotową) drogę do spotkania z Panem. Jednak nie dowierzałam niczym ekipa filmowa wraz z tłumaczką, że propaguje się szkalowanie innych, czyni się z czegoś szatański znak, a z kogoś wysłannika sił nieczystych. Pozwólcie ludziom myśleć, dyskutować i wybierać, tłumaczyć świat nie podłóg wyłącznie jednej doktryny, która z resztą nakazuje miłować bliźniego swego… Nie żyjemy w średniowieczu czy jeszcze wcześniej, gdzie trzeba było ludziom biednym (co synonimicznie oznaczało niewyedukowaną społeczność) objaśniać wszystko za pomocą obrazów. Okazuje się, że teraz nadal królują malunki, tylko, że z krótkim tekstem. W końcu świat poszedł do przodu!

To nie jest porywające kino. Problemy nie tylko mieli filmowcy (z rozmówcami, z finansami, ze zdrowiem), ale też mogą mieć widzowie. Ostatecznie nie otrzymujemy dokumentu, który zachwyca czy szokuje (może, ale tylko trochę). My bardziej lub mniej to wiemy, jesteśmy świadomi sytuacji, a filmowo to nic nowego ani pięknego. Wykorzystano po prostu nośny temat, dzielący Polaków, który pozwala na zrealizowanie reportażu o chrześcijanach i Bogu. Poruszono kwestię instytucji, wiary i powiązań religii z polityką. Napisy końcowe, które skupiają się na dojściu partii obecnie rządzącej do władzy, eksponują fakt, że społeczeństwo polskie – przede wszystkim przedstawiciele narodu – nie rozdziela państwa od Kościoła. Mimo próby pokazania pozytywnych aspektów wiary i znalezieniu naprawdę dobrych ludzi, zaakcentowano złe strony religii, nadając Polakom i Polsce łatkę tych zagorzałych konserwatystów, którzy z pozoru tylko mogą poszczycić się wartościami takimi jak: „nie zabijaj”, „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” (powinno być po prostu „nie kłam”). Nie zważając na nudę i uwydatnienie swojego zdania, film działa, bo porusza, bo nakłania do dyskusji. Czasem dzieła, które zaistnieją bardziej tu i teraz, nie zapisując się na żadną listę „must seen” lub „top 10”, pomogą komuś przezwyciężyć problemy, uśmiechnąć się tak, jak to czyni w człowieku wiara w Boga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *