Dokumenty zagraniczne

Esej o filmie Farenheit 9/11

„Wygraliśmy te wybory”, czyli o tym, jak Michael Moore dezinformował znacznie wcześniej.

Kiedy wyobrażaliśmy sobie, że od dawien dawna ludzkość nie weszła gorzej w nową dekadę, na początku stycznia 2021 grupa protestujących, zwolenników Donalda Trumpa, pod sztandarem Skonfederowanych Stanów Zjednoczonych Ameryki wtargnęła do Kapitolu. Kończący swoją pierwszą (i ostatnią) kadencję prezydent powiedział, że wybory zostały sfałszowane, nie podając jednak żadnych dowodów. Facebook, Twitter i inne media społecznościowe postanowiły zablokować jego konta. Kiedy spojrzymy ponad dekadę wstecz, zobaczymy, że manipulacja w amerykańskiej przestrzeni publicznej nie jest nowym zjawiskiem. A przynajmniej takie miałem wrażenie po niedawnym seansie Fahrenheit 9/11 z 2004 roku w reżyserii obecnie prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnego dokumentalisty Michaela Moore’a.

Przyznam się szczerze, że przystąpiłem do oglądania dzieła Amerykanina z niewielką wiedzą na jego temat. Wiedziałem tylko, że temat będzie zahaczał o tragiczne wydarzenia z najnowszej historii Stanów Zjednoczonych, czyli 11 września 2001 roku (czego można się było domyśleć po samym tytule). Sprawdziłem też nominacje oraz nagrody dla filmu – i tutaj poczułem się zaintrygowany. Bo jak można wyjaśnić taką rozbieżność – Złota Palma w Cannes oraz kilka Złotych Malin. Jedno wiedziałem na pewno – Moore ponownie stworzył polaryzujący i kontrowersyjny obraz. Choć tym razem zagłębił się w amerykańską politykę jak nigdy dotąd.

Gdybym miał powiedzieć, jakiej pary nigdy nie zobaczyłbym na wspólnej koleżeńskiej kolacji, powiedziałbym – George W. Bush oraz Michael Moore. Jak ci panowie muszą się nie lubić! Pierwszy powiedział reżyserowi wprost, że powinien zająć się inną robotą. Drugi na każdym kroku wypomina pierwszemu niekompetencje oraz powiązania z terrorystami. Argumenty Moore’a nie są jednak tak jednoznaczne i klarowne.

Jeżeli ktoś sądzi, że filmy dokumentalne powinny być obiektywne jak to tylko możliwe, to pozostaje mi powiedzieć, że nie może się bardziej mylić. Każdy filmowiec filtruje zastaną rzeczywistość przez własne doświadczenia oraz selektywność obserwowanych zdarzeń. Nie będę zatem wytykał Moore’owi, że jest nieobiektywny. Sądzę, że nie tutaj tkwi największy problem Fahrenheit 9/11. Pod płaszczykiem naprawdę dobrze zmontowanego filmu, znajduje się szyderczy obraz niepoparty żadnymi dowodami. Film Moore’a stanowi bowiem zlepek teorii spiskowych, nienawiści wobec Busha oraz chęci zdetronizowania go z fotelu prezydenta. W końcu nie należy zapomnieć, że premiera filmu odbyła się rok przed wyborami. Tymczasem Fahrenheit wygląda jak pełnometrażowa sekcja Weekend Update z programu Saturday Night Live. Jednak o ile telewizyjne show jest stricte satyryczne, tak Moore swój przekaz traktuje w bardzo poważny sposób, nawet jeżeli pozwala sobie na dawkę ironii, szczyptę uszczypliwości oraz garść złośliwości. Śmieszne obrazy Busha w rytmie skocznych i głupawych piosenek miesza z płaczem matki, której syn zginął w czasie misji w Iraku. Moore posługuje się osobistą tragedią, aby propagować swoje idee, gdybyśmy przez resztę seansu mieli wątpliwości co do zaprezentowanych fakt…..przepraszam, przypuszczeń.

Jak dobrze wiemy z historii, Bush wygrał reelekcje. Moore mógł pomyśleć, że jego wielebna misja się nie powiodła. Mimo nagród od lewicowego środowiska filmowego, jego największy cel się nie powiódł. Trzy lata temu Moore ponownie wyciągnął kamerę za pazuchy, aby przegonić Trumpa z białego domu. Tym razem skuteczniej. Ale fake newsy nadal mają się całkiem dobrze. Czy niedawne wydarzenia mogą coś zmienić? Niestety, na to pytanie nie będzie łatwo udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *