Artykuły

Czy to nadal dokument? O animacji w filmie niefikcjonalnym

Sztukę dokumentu kojarzymy zazwyczaj z pozbawionym twórczej ingerencji zapisem rzeczywistości, ukazywaniem świata oraz bohaterów takimi, jakimi są. Czy to tak naprawdę w pełni możliwe – to temat na zupełnie inne, podjęte już wielokrotnie w historii myśli filmowej rozważania, my zaś zajmiemy się taką odmianą filmu dokumentalnego, która tej nasuwającej się wszystkim definicji potencjalnie zaprzecza. O co więc chodzi z dokumentem animowanym?

Historia animacji w filmie niefikcjonalnym jest starsza, niż większość z nas by się spodziewała. Za pierwsze takie dzieło uważa się Zatopienie Lusitanii Winsora McCaya z 1918 roku. Krótkometrażowy film składał się z animacji oraz tablic informujących o datach, nazwiskach, podstawowych faktach dotyczących zdarzenia. RMS Lusitania zatonął w 1915 roku i nie zachował się żaden zapis filmowy tego zdarzenia. Animacje McCay’a wiernie odwzorowują jego przebieg. Budzi skojarzenia? Niejednokrotnie oglądając programy popularnonaukowe, czy właśnie dokumenty, oglądaliśmy animacje rekonstruujące wydarzenia, których nie zdołano utrwalić na taśmie filmowej, ani nawet za pomocą fotografii. Współcześnie rozpowszechniona praktyka nie wzbudza w nas już emocji i często bez głębszej refleksji uznajemy ją za integralną część dokumentu – czego nie da się pokazać, można jak najwierniej odwzorować i przedstawić z pomocą innych środków. Zdarza się jednak, że animacje w filmach dokumentalnych nie są jedynie rekonstrukcją – często uzupełniają materiały archiwalne, a bywa, że dosłownie cały film jest zrealizowany tą techniką. Czy to nadal dokument?

Prawdopodobnie najsłynniejszym (przynajmniej tak wynika z obserwacji autorki) dokumentem animowanym jest Walc z Baszirem Ariego Folmana z 2008 roku. Film wzbudził dużą sensację, nie tylko ze względu na wykorzystaną technikę. Przywołuje przejmujące wspomnienia weteranów wojny w Libanie. Folman zdecydował się użyć animacji nie tylko w celu inscenizacji wydarzeń wojennych, zanimowane zostały także rozmowy z bohaterami dokumentu (wykorzystano w tym celu autorską metodę stworzoną przez Yooni’ego Goodmana). Przejmujące dzieło zdobyło wiele wyróżnień na międzynarodowych festiwalach, czego zwieńczeniem była nominacja do Oscara. Jednak, co ciekawe, najczęściej był prezentowany w kategoriach, w których dominowały filmy fabularne. Oczywiście, można byłoby to potraktować jako „wyróżnienie”, często takie wyjście poza grono dokumentalne traktuje się jako awans dla filmu (przykład tegorocznego sukcesu Krainy miodu na Oscarach). Choć to osobny temat do dywagacji dotyczących tego, czy dokument traktuje się jako gorszy lub mniej istotny gatunek, to jednak nie ma wątpliwości, że w tym przypadku chodziło głównie o niejasności dotyczące klasyfikacji filmu Folmana. Walc z Baszirem ostatecznie nie zdobył nagrody Akademii, a nawet gdyby się to udało, z pewnością nie wzbudziłoby to wielkich kontrowersji właśnie z powodu nominacji w kategorii przeznaczonej dla filmów nieanglojęzycznych – zarówno fabularnych (dominujących), jak i dokumentalnych. Jednak co by było, gdyby nominację otrzymał jako najlepszy dokument pełnometrażowy? W 1953 roku Oscara dla Najlepszego krótkometrażowego filmu dokumentalnego zdobył Neighbours Normana McLarena. Film przedstawia historię sąsiadów bijących się o kwiat, do którego obaj roszczą sobie prawa. Cała opowieść jest metaforyczna i ma wydźwięk antywojenny. Dokument(?) został zrealizowany metodą piksilacji, techniki poklatkowej. Werdykt wzbudził duże wątpliwości – fikcyjna opowieść, aktorzy, animacja, gdzie warstwa dokumentalna? Spór o Neighbours trudno rozsądzać „z biegu”, nie podejmując tematu dokumentu kreacyjnego, na co potrzebna byłaby długość kolejnego artykułu. Pozostając więc przy omawianym zagadnieniu, wypada zadać pytanie – czy Walc z Baszirem wzbudzałby równe kontrowersje, gdyby otrzymał nominację lub nagrodę w oscarowej kategorii dokumentalnej? Pozostają hipotetyczne rozważania, jednak w tym momencie możemy przejść do kluczowej kwestii, czyli po co właściwie ta animacja w dokumencie?

By w pełni uzasadnić twórcze wybory twórców animowanych dokumentów, trzeba byłoby zwrócić się bezpośrednio do nich. I tak na przykład przywoływany Ari Folman stwierdził, że posłużył się animacją, ponieważ dawała mu twórczą swobodę, by poruszać się między wieloma wymiarami przedstawianej historii – snami, halucynacjami, wojennymi wspomnieniami. Sławomir Grünberg, reżyser filmu Karski i władcy ludzkości, uzasadnia sekwencje animowane tym, że nie wyobrażał sobie, by jakikolwiek aktor wcieli się w Jana Karskiego we fragmentach fabularyzowanych. Odwołując się do tej wypowiedzi – być może więc nieraz animacja może być bardziej wierna prawdzie, niż inscenizacje żywego planu? To skłaniałoby do refleksji, że w dokumencie to nie obraz jest najważniejszy, lecz wierność historii. Czy ten rodzaj realizmu wystarczy?

Rozważania dotyczące animowanych dokumentów przynoszą więcej pytań, niż odpowiedzi, jednak czyż nie w tym tkwi przyjemność teoretycznych badań nad filmem? Bez cienia wątpliwości można stwierdzić jedynie, że historia animacji w dokumencie ma bogatą przeszłość, teraźniejszość, a także ekscytującą przyszłość, która, miejmy nadzieję, przyniesie wiele filmowych olśnień oraz refleksji na temat gatunku.

Źródła:
Wywiad z Sławomirem Grünbergiem
Wypowiedź Ariego Folmana

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *